sobota, 25 października 2014

Rozdział 56

31.12.2013r., dom, 17:00
Święta minęły wesoło i spokojnie. Miło jest mieć to uczucie, że ma się rodzinę. Można na każdego liczyć bez wyjątku, niezależnie od tego jaki jesteś i co zrobiłeś. Rozpoczęły się przygotowywania do Sylwestra, wcale nie miałam ochoty iść. Reus nie dawał za wygraną. Właśnie, Reus.
-Marco! Panienko już trzydzieści minut tam siedzisz, ile można układać głupią grzywkę.
-Tylko nie głupią- wyłonił się blondyn.
-Ronaldo może od Ciebie brać lekcje.
-Urodź już bo dłużej tego nie wytrzymam.
-Jeszcze chwila a sam będziesz się zabawiał na tej imprezie.
-Przecież żartuję!
Miałam uszykowaną kreację już dawno temu ale zresztą tak czy siak wyglądam jak ciężarówka. Wściekła wparowałam do salonu gdzie Reus grał w Fifę.
-Nigdzie nie idę- usiadłam na kanapie.
-Co się znowu stało?- Marco wywrócił oczami na co ja zaczęłam rzewnie płakać.
-Nie dotykaj mnie! Jestem gruba, w nic się już nie mieszczę. W tym badziewiu wyglądam jakbym się taśmą owinęła.
-Jesteś w ciąży a nie gruba.
-Co nie zmienia faktu, że nie mam w czym iść
-Zosia...
-Idź sobie sam, znajdź kogoś do tańca- pomaszerowałam na górę położyć się do łóżka.
**OCZAMI MARCO**
Nie dało rady Jej uspokoić. Tak jakby nie miała w sobie wyłącznika. Postanowiłem zadzwonić do Ewy, bo sam nie dam rady.
-Ewcia, pomocy. Wiem, że jest sylwester. Nie chcę psuć zabawy ale potrzebuję pomocy. Przyjedziesz?
-Jasne, Łukasza i tak jeszcze nie ma. Zaraz będę.
W ciągu piętnastu minut Piszczkowa dotarła. W międzyczasie nie byłem u Zosi, żeby Jej dodatkowo nie denerwować.
-Gdzie Ona jest?- zapytała brunetka wiedząc już o co chodzi.
-Na górze.
Docierając na miejsce zobaczyliśmy z Ewą zrozpaczoną dziewczynę użalającą się nad swoją garderobą.
-Zosik co jest?- zapytała Ewa
-Jestem do niczego- łkała blondynka
-Pożyczę Ci moją sukienkę, chcesz?- zagadnęła żona Łukasza -Mam jedną zieloną jak byłam z Sarą w ciąży.
-Nigdzie nie idę.
-Zosik przestań, Marco będzie przykro, że nie chcesz z Nim iść.
-Niech sam idzie.
-Zostawisz Go w tłumie napalonych fanek?
-Może znajdzie bardziej zrównoważoną ode mnie-rozpłakała się po raz czwarty chyba dziś.
-Ja jadę po suknię a Ty weź się w garść, ok?
***
31.12.2013r., dom, 19:00
-Mogę na chwilę?- zapytał blondyn opierając się o framugę drzwi z kubkiem herbaty w dłoniach.
Pokiwałam potakująco głową.
-Nie musimy tam iść, skoro nie chcesz.
-Cieszyłeś się przecież, że pójdziesz.
-Jak mam iść sam to nigdzie się nie wybieram.
-Ale...
-Ćśś- uciszył mnie namiętnym pocałunkiem podczas którego zawsze miałam motyle w brzuchu. -Przynieś mi kosmetyczkę, proszę. Nie będziemy się kisić w sylwestra tutaj.
Zdziwiony Reus popatrzył na mnie jak na wariatkę.
-Kochanie, idź po tą kosmetyczkę, bo mam tak nieustabilizowane hormony, że jeszcze dziesięć razy mogę zmienić zdanie.
Gdy Ewa dotarła byłam już w pełni gotowości. Sukienka była prześliczna i nieco luźniejsza od mojego worka.
***
-Zatańczy Pani?-ledwo weszłam do pomieszczenia a już jakiś mężczyzna porwał mnie na parkiet i szczerze powiedziawszy to musiałam iść do wc. W ciąży z moim pęcherzem musiałam tam co chwila biegać. Ale mężczyzna tak mnie skołował, że przetańczyłam z Nim dwa kawałki.
Wychodząc z toalety ujrzałam opartego o drzwi znów tego faceta.
-Co Pan tu robi?
-Muszę o Ciebie dbać.
-To znaczy?
-Jesteś moim aniołem i jesteś w ciąży.Wychowamy to dziecko.
-O Boże jaki palant- szepnęłam i uciekłam szybko szukając Marco.
Popijał drinka rozmawiając z Mo przy barze.
-Marco ratuj!- stwierdziłam przerażona.
-Co się stało?
-Przepraszam mógłbyś nie dotykać mojego anioła?- nagle przed nami wyrósł znów ten palant.
-Słucham?!- mój narzeczony ze zdziwienia wstał.
-To co słyszałeś blondasie!- facet najwyraźniej był wzburzony i pijany.
-Marco, Marco uspokój się- starałam się odciągnąć mojego narzeczonego od tego obleśnego typa.
-Pan już chyba ma dosyć- stwierdził Mo wyprowadzając pod ramie mężczyznę.
-No widziałaś debila?
-Niestety, poszedł za mną do łazienki.
-Co?! Jaki zboczeniec! Ja Mu zaraz pokażę!
-Przestań! Zaraz wybije północ. Zatańczymy?
-Chodź, nie spuszczam Ciebie już z oka dziś.


31.12.2014r., 23:50, sylwester.
Marco dalej rozrzewniał się nad tym, że facet ciągle się na mnie gapi.
-Reus ale weź tą rękę- stwierdziłam
-Co?
-No trzymasz rękę na moim tyłku.
-Muszę zaznaczyć swoje terytorium, chyba nie?- oznajmił wpatrując się wciąż w mężczyznę.
-Rany! Czy chociaż przez chwilę możesz przestać o tym myśleć! Zachowujesz się jak dziecko.
-Dobra, przepraszam.
-Dziesięć, dziewięć, osiem- usłyszeliśmy w oddali.
-Chodź na zewnątrz, zaczyna się - stwierdziłam nadal obrażona.
Wyszliśmy przed budynek aby powitać nowy rok. Gdy zegar wybił minutę przed północą zatonęłam z blondynem w namiętnym pocałunku. Rozkoszowaliśmy się tą chwilą aż wystrzeliły petardy.
-Szczęśliwego Nowego Roku- szepnęliśmy do siebie przyglądając się kolorowym fajerwerkom, które przybierały różnorakie barwy.
Staliśmy tak jeszcze chwilę i gdy zrobiło się naprawdę zimno zmierzyliśmy do środka.
-Toast w Nowym Roku!- krzyknął rozradowany Leitner roznosząc kieliszki.
Oczywiście wzięłam sok z racji mojego stanu. W sumie cieszyłam się, że nie mogę pić. Widząc w jakim stanie są pozostali stwierdzam, że jutro będzie niezły zgon.
04.11.2013r., przychodnia, 11:00
Dziś był dzień w którym miałam dowiedzieć się czy noszę chłopca czy dziewczynkę. Od samego rana wszyscy obsypują mnie sms-ami. Marco ma dziś trening a potem badania na ojcostwo dziecka Caro więc pewnie się nie zjawi. No trudno, przecież to nie koniec świata. Oczywiście przybyłam za wcześnie na poczekalnię i umierałam z nudów.
-Marco a co Ty tu robisz?- zapytałam dostrzegając sylwetkę blondyna.
-Przyszedłem na USG.
-Przecież po badaniach masz od razu trening, spóźnisz się.
-Pani Zofia Roztocka?- zapytała lekarka.
-Wchodzimy- oznajmił Marco.
-Proszę się położyć i odsłonić brzuch- nakazał medyczka.
Posłusznie zrobiłam to o co prosiła trzymając Reus'a za rękę. Patrzeliśmy z wyczekiwaniem na kobietę, która w pewnym momencie zdjęła okulary by bliżej przyjrzeć się płodowi.
-Coś nie tak?- zapytałam
-Wszystko w porządku, proszę się nie martwić.
-To chłopiec czy dziewczynka?- niecierpliwił się Marco.
-Jakby to powiedzieć..to i to.
Nic nie rozumiejąc spojrzałam na blondyna.
-Będą mieć państwo bliźniaki, chłopca i dziewczynkę.
Marco zaniemówił z wrażenia, ja się natomiast popłakałam.
-Chcecie usłyszeć jak serduszka biją?
Skinęliśmy głową potakująco gdy po chwili usłyszeliśmy bicie dwóch małych serc. Dostałam buziaka w czoło po czym Marco powiedział:
-Możemy dostać zdjęcie?
-Oczywiście, zaraz drukuję.
***
Wieczorem w ciszy przy kominku siedzieliśmy wpatrując ię w zdjęcie jak w ósmy cud.
-Wiedziałam, że jestem za gruba jak na jedno dziecko.
-Zosia, a nie powinnaś jeść więcej? Skoro masz dwa niemowlaki?
-Nie głuptasie. Chcesz żebym wyglądała jak ciężarówka?
-Wiesz, cieszę się bardzo, że Was mam.
Złapałam się nagle za brzuch pochylając się do przodu.
-Zosia? Co Ci jest?
-Daj rękę.
Położyłam dłoń blondyna na swoim brzuchu.
-Kopie. To mój mały chłopiec. Będzie piłkarzem zobaczysz.
********
Przedostatni już :c
Za niedługo epilog i niestety koniec :c
AAle zaparszam serdecznie na drugiego bloga.

poniedziałek, 13 października 2014

Rozdział 55

23.12.2013r., Dom, 13:00
Przez ostatni miesiąc bardzo urósł mi brzuch. Zdziwiło mnie to przecież jestem dopiero w początkowej fazie ciąży. Lekarz natomiast mówił, że to normalne, jutro wigilia. Reus uparł się, że wybierzemy się do Jego rodziców. Niekoniecznie mi się ten pomysł podobał. To pierwsze święta, które spędzę bez mamy.
-Marco spędźmy razem tę wigilię a potem pojedziesz do rodziców na święta.
-Kochanie, samą mam Cię tu zostawić? Nie ma mowy.
-Ale...Przecież to nic takiego.
-Zosia...święta są po to by Je spędzać z rodziną.
-Właśnie Reus, nie mam rodziny.
-Nie mów tak. Masz mnie, niedługo będziemy rodziną. Moi rodzice też Cię pokochali.
-No dobrze skoro nalegasz ale Marco proszę podjedźmy jeszcze raz na cmentarz.
-Dobrze słonko, chodź zbieramy się.
Gdy zakładaliśmy kurtki do drzwi ktoś zaczął gwałtownie pukać.
-Caro?- zdziwił się Marco a ja rozpoznałam tę blondynkę, Ona niedawno szukała Reus'a.
-Musimy porozmawiać- odrzekła Bohs. spoglądając na mnie tak jakby chciała mi dać znać, że nie jestem tu mile widziana.
-To ja poczekam w samochodzie- rzekłam do blondyna.
-Zostań. Nie mam nic do ukrycia przed Tobą. Caro to jest Zosia, moja narzeczona a to jest Carolin moja była.
-No więc Marco nie wiem jak mam to powiedzieć. Powinnam zrobić to cztery lata temu.- stwierdziła Caro.
Oho, teraz zacznie śpiewkę, że powinni być razem, że źle zrobiła i żałuje. Bla bla bla. Nie miałam zamiaru tego słuchać.
-Mamy dziecko- wypaliła blondynka.
Oboje spojrzeliśmy na Carolin.
-Ale jak? To było cztery lata temu. Dlaczego mi nie powiedziałaś?- pytał Reus.
-Nie wiem, przepraszam. Dziecko nie powinno wychowywać się bez ojca- stwierdziła patrząc na mnie.
Nie byłam w stanie na Nią patrzeć. Dlatego też wzięłam torebkę i postanowiłam wyjść.
-Zośka!
-Idę do mamy, cześć.
***
Wracałam z cmentarza z wielkim ociągnięciem. Miałam nadzieje, że Reus'a nie będzie w domu aczkolwiek myliłam się.
-Czemu tak długo?- od progu zaatakował mnie Marco.
-Zasiedziałam się na cmentarzu.
-Gdzie? Cały czas tam siedziałaś?Jest grudzień dziewczyno. temperatura na minusie a Ty jesteś w ciąży!
-Daj spokój, jestem zmęczona.
Rozsiadłam się na kanapie kładąc nogi na sofie. Blondyn usiadł obok mnie. Pogładziłam się po widocznym już ciążowym brzuchu i zapytałam:
-Marco, co teraz?
-Jak to co? Odpocznij trochę i jedziemy do rodziców.
-Reus ja nie o tym. Masz dziecko.
-Tutaj też je mam- położył rękę na moim brzuchu.
-Marco, ja dużo o tym myślałam. Caro ma rację, dziecko potrzebuje ojca. Ja dam sobie radę, wyprowadzę się stąd. Oddaję- zdjęłam z palca pierścionek zaręczynowy w poszłam do łazienki. Zamykając się na suwak usiadłam na podłodze płacząc.
-Zosia, otwórz...Proszę Cię otwórz.
Rozpłakałam się jak małe dziecko, które nie może dostać zabawki. Ukryłam twarz w dłoniach, żeby Marco nie słyszał moich szlochów. Reus chyba odpuścił, bo usłyszałam jak odchodzi od drzwi, lecz po chwili do mych uszu dobiegł dźwięk zgrzytu zamka. No tak, miał dodatkowy klucz.
-Zośka nic Ci nie jest?- zapytała zauważając, że siedzę na podłodze.
Płakałam tylko co chwila nie mogąc się opanować.
-Ćśś już dobrze- przytulił mnie blondyn.
-Oszalałaś, chcesz mnie zostawić? Jestem aż taki beznadziejny?
-Marco ale...
-Kocham Cię, czy Ty to rozumiesz? Nikogo tak w życiu nie kochałem. Kocham Cię, Kocham Was- pogłaskał dłonią po moim brzuchu.
-Ja, ja...- jąkałam się coraz bardziej.
-Chodź, nie wygłupiaj się. Zmarzłaś, napijesz się herbaty?
-Marco co z nimi?- zapytałam
-Wezmę za nie odpowiedzialność ale dopiero gdy zrobię testy, rozumiesz? Nie mam pewności jak na razie. Zdradzała mnie przecież...
-A jeśli?....
-Słoneczko co przed chwilą powiedziałem? Nie zostawię Was, a poza tym, nie kocham Jej, co miałbym z Nią być? Nie rób mi już tego bo nerwowo nie wytrzymam- twierdził zakładając na mój palec pierścionek.
-Jutro pojedziemy do rodziców, teraz musimy odpocząć. Chodź.
***
Odetchnęłam z ulgą. Jak mogłam pomyśleć, że dam sobie sama radę. Bez Reus'a. Nie wytrzymałabym psychicznie. Przecież nie istnieję bez Niego. Wkurza mnie często tak, że najchętniej wystawiłabym Go po przecenie na allegro ale jak mam bez Niego funkcjonować? To On mnie zmienił na lepsze. Będę Mu wdzięczna do końca życia.
24.12.2013r, sypialnia, 9:00
Obudziłam się wtulona w Reus'a jak w pluszowego misia.Marco nie spał już bawiąc się moimi kosmykami włosów.
-Cześć aniołku- pocałował mnie w czoło.
-Długo już nie śpisz? Która godzina?
-Dziewiąta.
-Już? Czemu mnie nie obudziłeś? Mieliśmy jechać z samego rana do Twoich rodziców.
-Spokojnie, musisz dużo odpoczywać. Zostań jeszcze chwilę- oznajmił zacieśniając ręce wzdłuż mego ciała.
-Kochanie mogłabym tak wieczność ale musimy się zbierać.
-Masz rację, idź pod prysznic a ja zrobię jakieś śniadanko.
-Gdzie ja Cię znalazłam co?- zapytałam całując w czoło mojego narzeczonego.
***
Podróże samochodowe były dla mnie bardzo męczące. Co chwila zatrzymywaliśmy się na postój, gdyż miewałam duszności.
-Cholera, w takim tempie dojedziemy tam w nowy rok!-lamentowałam.
-Spokojnie, bez Nas nie zaczną.
-Powinnam pomóc Twojej mamie. Jedź szybciej.
-Zosia wyluzuj, nie poznaję Cię słonko.
-No pięknie jeszcze czerwone. Może ja poprowadzę?
-Chciałbym Ci przypomnieć, że dosłownie minute temu zatrzymaliśmy się, bo Ci słabo było.
-Nie moja wina, że jeździć nie potrafisz.
-Ja?!- zdziwił się Reus.
-No jeździsz jak baba, nie obrażając kobiet oczywiście.
-Tylko z racji tego, ze nosisz moje dziecko nie strzelę focha.
***
Docierając do rodzicieli Reus'a cieszyłam się w duchu. W sumie była dopiero godzina piętnasta na pewno będę mogła jeszcze przy czymś pomóc. Głupio mi było tak być u Nich na tej wigilii, jak strzała wystrzeliłam z tego samochodu prawie, że biegnąc w kierunku domu.
-Pani Roztocka, chyba o czymś Pani zapomniała.
-O czym znowu? Nie wzięłam torby?
-O swoim przyszłym mężu! Nie no wszystko jest ważniejsze ode mnie?- blondyn udał obrażonego. Uśmiechnęłam się po czym złapałam Go za rękę.
-Chodź przyszły, niedobry mężu. Ja nie wiem czy dobrze robię wychodząc za Ciebie.
-Coś ze mną nie tak?
-Mam zacząć wymieniać Twoje wady? Wybacz ale czasu nie starczy
Blondyn chciał coś powiedzieć ale drzwi otworzyła Melanie.
-Blondasy przyjechały!- krzyknęła w kierunku wnętrza domu po czym zbiegła się cała rodzina.
-Dzieci Kochane!- mama Marco uściskała nas. -Jaki masz ładny brzuszek już.
-Ciocia! Chodź coś Ci pokażę!- krzyknął Nico ciągnąc mnie za rękę.
***
Równo o osiemnastej rozpoczęliśmy dzielić się opłatkiem.
-Kochanie, życzę Ci żebyś wytrzymał jeszcze ze mną troszkę. Wiem, że jestem nieznośna ale strasznie Cię kocham. Poza tym to dużo goli, samych wygranych meczy.
-Też Cię kocham wiesz? Dziękuję, że przy mnie jesteś. Życzę Ci wszystkiego co najlepsze. Słoneczko, żeby Ci na studiach się udało i żeby maleństwo było zdrowe- położył dłoń na moim brzuchu.
Gdy wszyscy złożyliśmy sobie życzenia usiedliśmy razem do stołu by skonsumować posiłek. Wszystko tak pysznie wyglądało, chciałoby się zjeść naraz lecz żołądek rzecz jasna by tego nie pomieścił.
***
Razem z Melanie posprzątałyśmy po kolacji podczas gdy pozostali pomagali złożyć Nico nową kolejkę. Zauważyłam, że Marco nie ma nigdzie więc postanowiłam Go poszukać. Odnalazł się na tarasie stojąc i patrząc w dal.
-Dlaczego tu tak stoisz? Wejdź do środka.
-Zobacz- pokazał mi ekran swojego telefonu. Był tam sms od Caro, który brzmiał następująco:
"Nie poznaję Cię Marco. Jak możesz twierdzić, że to nie Twoje dziecko. Ale dobrze, zróbmy te badania"
-Hej, głowa do góry Marco. Skąd miałeś wiedzieć, że była w ciąży?- zapytałam
-I tak czuję się jak ostatni dupek.
-Skoro nie chcesz, nie rób tych badań.
-Ale Zośka ja nie wiem czy to ja jestem ojcem, muszę to zrobić.
Przytuliłam blondyna widząc wyraz Jego twarzy.
-Jestem z Tobą, Marco to najpiękniejszy dzień w roku chodźmy do środka. Chociaż na ten czas zapomnijmy o problemach, ok?
***
Na dole zaczepiła mnie Melanie.
-Popatrz na Nich, chyba bardziej cieszą się tą kolejką od Nico.
Sytuacja była przekomiczna, trójka dorosłych facetów bawili się jak małe dzieci.
-Wiesz już co to będzie?- zapytała siostra Reus'a
-Nie, po świętach mam zamiar iść na USG i się dowiedzieć.
-Cieszycie się prawda?
-Tak, bardzo. Na początku nie byłam taką optymistką ale teraz wiem, że damy radę.
-Powiem Ci coś. Nie lubiłam Caro. Uważała się za królową i miała mojego brata głęboko gdzieś. Skłócała Nas co chwila a ja po prostu nie mogłam patrzeć jak ktoś krzywdzi mojego braciszka. Ty jesteś inna, widzę to. Poza tym On wciąż się uśmiecha. Dziękuję Ci za to.
-Wiesz, tak naprawdę to dzięki Niemu ja wciąż jestem szczęśliwa. On jest wiecznym optymistą a mnie życie nie zawsze rozpieszczało.
-Mamo! Powiedz coś tacie! Nie chce oddać mi zabawki!
-Peter! Chodź tutaj!- krzyknęła Melanie.
-Ejj ale nie płaczemy, jesteś już dużym chłopcem, prawda?
-Plawda.
-To chodź zjemy sobie sami galaretkę z bitą śmietaną a tacie nic nie damy.
-Supel!
****

poniedziałek, 6 października 2014

Rozdział 54.

13.11.2013r., salon, 14:00
Kolejne dni mijały w Dortmundzie spokojnie. Powoli przyzwyczajałam się do tego, że moja mama nie żyje. Wiedziałam, że cały czas gdzieś tam jest i czuwa nade mną. W tych trudnych chwilach bardzo pomogła mi mama Reus'a. Zawsze mogłam liczyć na Jego rodziców. Właśnie-Marco.
-Reus, obudź się!Jest dziesiąta, zaraz masz trening!- wparowałam do pokoju zdzierając z Niego kołdrę.
-Dziewczyno, nie można tak ciszej i delikatniej?- zapytał zaspany Marco.
-Tak, jeszcze frytki do tego. Więcej życzeń nie masz?
-A śniadanko może?
-Pędź do łazienki, coś wymyślę.
Podczas gdy Reus brał prysznic postanowiłam zrobić bezglutenowe zdrowe naleśniki z jabłkami, których Anka Lewandowska kiedyś dała mi przepis. Stojąc nad kuchenką w majtkach i za dużej koszulce majstrowałam pyszności do zjedzenia. Po chwili prawie niesłyszalnie do kuchni wparowała Głodzilla.
-Cześć słonko- blondyn objął mnie od tyłu.
-Przestraszyłeś mnie. Po co się tak skradasz?- Marco bez słowa odpowiedzi zaczął całować mnie po szyi.
-Reus! Zaraz przypalę te naleśniki. Usiądź.
Mój narzeczony mruknął tylko cicho po czym usiadł grzecznie do stołu.
-Co dziś robimy?- zapytał.
-Pójdziesz na trening, wrócisz do domu a potem coś wymyślisz.
-A Ty?
-Ja dzisiaj idę do Simone, nie czekaj za mną.
-Zosia tylko...
-Tak. Wiem, wiem. Jestem w ciąży i nie mogę spożywać alkoholu.
-Ani żadnych innych głupich rzeczy robić. Sim ma dzikie pomysły.
-Coś jeszcze mamusiu?- zapytałam.
-Daj buziaka. Muszę już lecieć- stwierdził Reus po czym otrzymałam soczystego cmoka w sam środek ust oraz na moim ciążowym brzuchu.
-Pilnuj mamy- szepnął Marco.
***
Szalona Simone jak zwykle zapomniała, że kobietom w ciąży nie można spożywać alkoholu i chciała uraczyć mnie czerwonym winem.
-Wiesz już co to będzie? Chłopiec czy dziewczynka?
-Sim, dopiero dowiedziałam się, że jestem w ciąży. Jeszcze za wcześnie.
-Jak będziesz wiedziała to koniecznie daj mi znać.
-Właściwie to przyszłam Cię o coś prosić.
-O co tylko chcesz kochana moja- uśmiechnęła się blondynka.
-Gdybyśmy się nie spotkały wtedy pod tym stadionem to nie poznałabym tak wspaniałej osoby- stwierdziłam chwytając za dłonie Sim
-O wyczuwam zwierzenia- oznajmiła dziewczyna.
-Nie przerywaj mi! Chcę, żebyś wiedziała, że cieszę się, iż Cię mam i proszę abyś została matką chrzestną mojego dziecka.
-O mamo! Zosik naprawdę? Nawet nie wiesz jak się cieszę.
-Czyli, że się zgadzasz?
-No oczywiście- przytuliła mnie im- I popatrz pomyśleć, że to wszystko dzięki mojemu byłemu. Gdyby nie On to w życiu nie przyszłabym na ten mecz.
***
Wracając do domu postanowiłam wejść do centrum handlowego na małe zakupy. Lodówka świeci pustką, odkąd jestem w ciąży trzeba Ją co chwila uzupełniać. Tak poza tym gdy mijałam produkty spożywcze to zobaczyłam przesłodkie śpioszki. Takie neutralne i dla chłopczyka i dziewczynki. Po skończonych zakupach wsiadłam w auto i skierowałam się do domu. Miałam nadzieję, że nie będzie w domu Reus'a. Zabiłby mnie na miejscu, gdyby zobaczył, że dźwigam ciężary choć wprawdzie torby nie były ciężkie. No ale to jest facet, nie przepowiem Mu do rozumu. Niestety tego dnia szczęście mi nie sprzyjało, Marco siedział w salonie.
-Hej- krzyknęłam od progu i zauważyłam Marco przy książkach.
-Wszystko w porządku?- zapytałam zdziwiona tym widokiem.
-Tak, chodź tu. Musisz to przeczytać- podał mi do ręki chyba z dziesięć książek. Mama, tata i dziecko. Jak przygotować się do porodu. Najczęściej popełniane błędy podczas ciąży, itd, itp.
-Oszalałeś?! Chcesz to wszystko przeczytać?!- zapytałam widząc grubość książek.
-To może się przydać. Musimy wszystko wiedzieć.
-Ale nie z książek Marco, każdy inaczej przechodzi ciążę i nie mam ochoty ściśle trzymać się reguł bo zwariuję.
-Ale...
-Żadnego ale, wyrzuć to.

****

sobota, 27 września 2014

Rozdział 53

9.11.2013r., dom, 16:00

Już po wszystkim. Masakrycznie to brzmi, dziś odbył się pogrzeb moej mamy. Było strasznie dużo ludzi, nie ma się co dziwić moja rodzicielka była dobrym człowiekiem. Dopóki mogła to pomagała ludziom. Na cmentarzu nie uroniłam ani jednej łzy natomiast gdy Marco wyszedł na trening nie wytrzymałam.Do późnego wieczora siedziałam sama dopóki ktoś nie zaczął pukać do drzwi.
-Tak?W czym mogę pomoc
-Jest Marco?- zapytała blondynka.
-Jeszcze na treningu ale niedługo już powinien wrócić. Może zaczekasz?
-Nie, przyjdę innym razem.
***
-Jestem już!- krzyknął od progu blondyn.
-W kuchni!
-Co porabiasz?
-Wzięło mnie na sałatkę. Chcesz trochę?
-Jasne
Siedziałam przy stole tępo wpatrując się w blat. Nie mogłam uwierzyć w to, że mojej mamy już nie ma i nie będzie. Grzebałam leniwie widelcem w cząstkach sałaty.
-Wiesz, schowaliśmy Hummels'owi spodenki i musiał pół godziny ich szukać. Oczywiście spóźnił się i robił karne kółka.
Nie odrywając wzroku z jakże pasjonującej sałatki podparłam się łokciem na stole.
-Zosia, słuchasz mnie w ogóle?....Zośka!
Podniosłam wzrok napotykając pytające spojrzenie Marco.
-Przepraszam, muszę się położyć.

*40 minut później*

-Słoneczko, śpisz?- kucając przy moim łóżku znalazł się blondyn.
-Nie mogę.
-Chodź, zabiorę Cię gdzieś.
-Marco, nie....Proszę, chcę zostać w domu.
-Kochanie, wybierzemy się za miasto. Jeżeli Ci się nie spodoba wrócimy natychmiast, zgoda?
Wcale nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek wycieczki, nie miałam na nic chęci. Lecz Reus'owi widocznie bardzo zależało na tym. Spoglądał na mnie tym swoim błagalnym wzrokiem.
-No dobrze już tylko muszę jeszcze do łazienki.
W ciąży często musiałam odwiedzać ubikację. Mój pęcherz nie wytrzymywał dłużej niż dwie godziny. Poza tym puchły mi nogi i bolały plecy. Mimo iż, mój brzuch był dopiero lekko zarysowany odczuwałam już pierwsze dolegliwości. Ubierając się więc w kurtki i buty wyruszyliśmy w podróż. Reus jechał bardzo ostrożnie co w połączeniu boskiego zapachu w samochodzie przyspieszyło mój sen.
*
*
*
-Zosia, Zosia- poczułam lekkie szturchnięcie.
-Zasnęłaś. Już jesteśmy- oznajmił Marco.
Rozejrzałam się rozespana.
-Ale niby gdzie?- zapytałam widząc ogromny dom przed Nami.
-Przedstawię Ci kogoś- chwytając za przegub mojej dłoni Marco wprowadził mnie do budynku. Czuł się bardzo swobodnie, jakby był u siebie. Pomieszczenia były urządzone bardzo gustownie, czuć było damską rękę. Doszliśmy do salonu w którym mężczyzna w średnim wieku czytał gazetę, natomiast kobieta cerowała skarpetki. Sprawiali bardzo miłe wrażenie, słysząc tupot stóp kobieta zaprzestała czynności podnosząc wzrok do góry.
-Marco, synku!- krzyknęła z nieukrywaną radością. Mężczyzna wyraźnie też ucieszył się z wizyty gdyż  przytulił blondyna klepiąc Gi po plecach.
-Ty jesteś Zosia, prawda?- pani Reus skierowała się w moją stronę.
-Tak. Miło mi- wyciągnęłam dłoń by się przywitać.
-Marco wiele o Tobie opowiadał.
-Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

9.11.2013r., dom Reusów, 20:00

Po zjedzeniu kolacji Marco poszedł gdzieś z tatą, jak to mówi Pani Reus: załatwiać męskie sprawy. Chciałam pomóc kobiecie posprzątać po posiłku lecz stanowczo odmówiła twierdząc, że mam pozwiedzać dom. Wyszłam na taras zaczerpnąć świeżego powietrza.
-Ładny widok prawda?- zapytała kobieta wręczając mi parujący kubek. -Dlaczego jesteś taka smutna?
-Przepraszam, nie chciałam psuć nastroju. Po prostu zazdroszczę Wam, kochacie się mocno. Ja w Niemczech nie mam rodziny.
-Kochasz Marco?- zapytała nagle kobieta.
-Bardzo.
-Chodź, pokażę Ci coś.
Otwierając przede mną białe drzwi wprowadziła mnie do środka.
-To pokój mojego syna. Nie przyprowadzał tu zbyt często dziewczyn. Wiem, że nie zastąpię Ci mamy ale zawsze możesz się do mnie zwrócić. Dwie córki już mam, Ty będziesz trzecia- oczy zaszkliły mi się ze wzruszenia. To wiele dla mnie znaczyło.

-Zosia, późno się robi, jedźmy już- w drzwiach stanął blondyn.
-Zapakuję Wam ciasto- stwierdziła mama Marco opuszczając pokój.
-Dziękuję- szepnęłam na ucho Reus'a uwieszając się Mu na szyji.
-Lepiej już?- zapytał zbliżając swoje czoło do mojego.
-Mhm. Zapomniałam Ci czegoś powiedzieć.
-Że mnie kochasz i ubóstwiasz?
-Zamknij się- uśmiechnęłam się- Jakaś blondynka Cię szukała.
-Konkretnie kto?
-No nie wiem, Ty mi powiedz. Nie przedstawiła się, mówiła że innym razem przyjdzie.
*************************

niedziela, 21 września 2014

Rozdział 52

06.11.2013r. sypialnia, 10:00


-Przestań łazić w kółko, tylko wyduś to z siebie!
-Zosia- zaczął Marco chwytając mnie za dłonie. -Wczoraj tak jak obiecałem pojechałem do Twojej mamy.
-No wiem.
-Gdy dotarłem na miejsce w Jej sali nie było nikogo.
-Jak nie było? Szukałeś Jej? Może wzięli Ją na badania?
Marco spuścił głowę w dół, nie wiedziałam co się dzieje.
-Muszę tam pojechać.
-Zosia, nie...-Reus zatrzymał mnie w drzwiach.
-Nie rozumiesz? Nie wiem jak mam Ci to powiedzieć. Ona odeszła.
-Co Ty wygadujesz? Przepuść mnie, muszę Ją zobaczyć!- zaczęłam się awanturować bijąc w klatkę Marco.
-Uspokój się- blondyn przyparł mnie do ściany po czym rozpłakałam się.
Po krótkiej chwili zapytałam.
-Marco dlaczego mi nic nie powiedziałeś?
-Nie wiem. Przepraszam.
-Kochaliśmy się jakby nigdy nic, powinnam być przy Niej.
-Słońce przepraszam. Powinienem wczoraj przystopować.
-Zawieź mnie tam.
-Zosiu nie. Nie możesz wejść tam.
-Ja się z Nią nawet nie pożegnałam, zdajesz sobie z tego sprawę?

-Dowiedziałaś się wczoraj, że jesteś w ciąży. Naprawdę nie powinnaś tego robić. Pomyśl o dziecku.
-Masz rację.
-Jutro wszystko załatwimy, ok?
-Marco. Ja przyprowadziłam się tu dla Niej. Chciałam Jej powiedzieć, że zostanie Babcią.
-Wiem, wszystko doskonale rozumiem.
-Co ja teraz zrobię?- zapytałam
-Przeprowadzisz się do mnie.
-Ale Marco...Nie mogę tego domu tak zostawić. To było wszystko co moja mama miała.
-Nie musisz Go sprzedawać.
-To co ma tak stać pusty? Nie wynajmę Go nikomu.
-Kochanie niczego nie musisz wynajmować. Dopóki nie będziesz gotowa wszystko zostanie tak jak jest.
07.11.2013r., kuchnia, 13:00
-Gotowa?- niepewnie zapytał Marco jakbyśmy wybierali się w podróż życia.
-Czy na coś takiego można kiedykolwiek być gotowym? Jedźmy już proszę.
Jak też chciałam tak się stało. W podróży panowała cisza, której nikt nie miał zamiaru przerywać. Byłam wdzięczna za to blondynowi, że na siłę nie stara się mnie pocieszyć.
-Jesteśmy- rzekł młody Niemiec prawie niesłyszalnie.
Ujrzałam szary ciemny budynek, który ostatnimi czasy byłam zmuszona często odwiedzać. Skierowaliśmy się wgłąb zmierzając na najniższe piętro, które prowadziło do prosektorium. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie byłam pewna co tam ujrzę a obskurny korytarz nie pomagał mi w tym. Poczułam ucisk w żołądku gdy stanęliśmy przed odpowiednimi drzwiami.
-W porządku?- zapytał blondyn podtrzymując mnie w pasie.
-Chodź tam ze mną, proszę.
-Oczywiście. Po to tu jestem- odparł Marco chociaż był niemniej przerażony. Nienawidził szpitali, oglądać jakichkolwiek programów medycznych. A teraz stał tu razem ze mną i czekał. 
Uchylił powoli drzwi widząc rząd łóżek przykrytych foliami. Człowiek będący wewnątrz słysząc nadchodzące kroki mimowolnie podniósł oczy ku przybyłym gościom. Był już dobrze poinformowany kto i w jakim celu ma przybyć do Jego pracowni.
-Już?- zapytał patrząc niepewnie w moje oczy.
Biorąc głęboki oddech pokiwałam twierdząco głową. Gdy mężczyzna odsunął zamek ujrzałam bladą, kruchą kobietę która leżała bezradnie z wyprostowanymi dłońmi wzdłuż ciała. Nadal się uśmiechała, tak jakby pokazując mi, że tam gdzie teraz się znajduje jest Jej dobrze i nie mam się o Nią martwić.
Przerażona odwróciłam się do Marco chowając twarz na Jego torsie. Blondyn pocałował mnie w sam czubek głowy wyprowadzając z pomieszczenia na świeże powietrze.
-Nie mogłam Reus. Nie mogłam po prostu Jej nawet dotknąć. Jestem okropna.
-Hej, popatrz na mnie- blondyn podniósł mój podbródek do góry ocierając obfite łzy, które spływały po bladych już ze zmartwień policzkach.- Nigdy więcej tak nie mów. Jedziemy do domu.
******************************************

środa, 10 września 2014

Rozdział 51

05.11.2013r. łazienka, 16:00.
-Pozytywny- powiedziałam sama do siebie patrząc na test, który wskazywał na dwie kreski. Do łazienki wparowała Simone.
-Co Ty tak długo ro...- przerwała blondynka widząc co trzymam w dłoni.
-Jestem w ciąży, rozumiesz?!- z niedowierzaniem skierowałam się do Sim.
Moja przyjaciółka zaczęła krzyczeć wniebogłosy. Podskakując i tupając naraz.
-Będę ciocią. To wspaniała wiadomość- stwierdziła dziewczyna przytulając mnie.
-Boję się- rzekłam patrząc przed siebie. -Nie mam stałej pracy, studiuję a mój związek niedawno przechodził kryzys- rozpłakałam się na samą myśl ostatnich zdarzeń.
-Nie płacz, proszę- Sim usiadła obok mnie głaskając moje włosy na co ja wpadłam w jeszcze większą histerię.
-Ohoho zaczynają Ci buzować hormony, to dziewięć miesięcy tak? Chyba wyjadę na Majorkę.
-Słyszałam!-
uderzyłam lekko Sim w ramię. Masz tu być! Potrzebuję Cię!
-Kochana, nigdzie się nie wybieram. Będę najlepszą ciocią pod słońcem. Imprezy, pierwsze miłości....- rozmarzyła się blondynka.
-Sim?Zdajesz sobie sprawę, że z brzucha wyskakuje noworodek potem dopiero w drodze ewolucji człowiek dorasta?
-No wiem, uczęszczałam przecież na biologię. Chodź zjemy jakieś lody.
-W listopadzie?
-Czemu nie?


05.11.2013r. 20:00, salon.

Oglądałam telewizję gdy do domu wszedł Marco.
-Cześć misiu- pocałował mnie w czoło po czym usiadł obok.
-Hej, muszę Ci coś powiedzieć.
-Zosia, ja też muszę....
-Poczekaj....Na początku strasznie się bałam, bo nie wiedziałam czy damy sobie radę. Ale rozmawiałam z Simone, przemyślałam wszystko i zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będzie idealnej sytuacji a skoro już się stało to powinnam się cieszyć.
-O czym Ty mówisz?
- zapytał
-Daj rękę- stykając się głowami położyłam dłoń Marco na swoim brzuchu patrząc Mu w oczy.
-Jesteś w ciąży?- zapytał blondyn.
Pokiwałam twierdząco głową. Marco przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Widziałam to w Jego oczach. Wstał z kanapy, po czym znowu usiadł, następnie ponownie zerwał się po czym przemierzył parę kroków i usiadł ponownie. Złapał moją twarz w obie dłonie i pocałował namiętnie. Tak jakbym za chwilę miała się rozpłynąć, zniknąć. Poczułam przyjemny dreszcz na całym ciele. Dotknęłam klatki piersiowej chłopaka odpychając Go delikatnie przerwałam pocałunek.
-Powiedz, że damy sobie radę.
-Poruszę niebo i ziemię, żeby tak było
- stwierdził Reus powracając do poprzedniej czynności. Całował zachłannie każdy centymetr mojego ciała. Zatrzymując się na brzuchu, którego najpierw czule pogłaskał następnie powiedział:
-Witaj maluszku w rodzinie.
Tak bardzo kocham Marco. W tym momencie pragnęłam Go z całego serca. Znów zaczęliśmy się całować. Najpierw pozbywając się ubrań, potem bielizny...

06.11.2013r, sypialnia, 9:30.

Obudziły mnie promienie słoneczne, które wpadły przez szybę do pokoju. Otworzyłam leniwie oczy. Przyglądał mi się Marco.
-Hej śpiochu.
-Cześć. Dlaczego jesteś taki smutny? Nie cieszysz się wcale tak? Chcesz mnie zostawić?
- usiadłam gwałtownie na łóżku.

- Uspokój się wariatko. Oczywiście, że nie.
-To w czym rzecz?
-Chciałem Ci to już wczoraj powiedzieć ale nie było okazji. Boże co ja gadam....-
Reus złapał się za głowę i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
-Marco! Przerażasz mnie! Co się stało?- niecierpliwiłam się coraz bardziej.
-Proszę Cię nie denerwuj się. Nie możesz.
-Do jasnej cholery powiesz mi co jest grane czy dalej będziemy bawić się w kotka i myszkę?
-Dobrze powiem, muszę. Usiądź proszę.

************************
Do końca dokładnie zostało Nam 9 rozdziałów.
Czy będzie dobrze czy nie to się jeszcze okaże.
Tymczasem zapraszam na mojego drugiego bloga------->http://kochac-nie-znaczy-miec.blogspot.com/.