sobota, 27 września 2014

Rozdział 53

9.11.2013r., dom, 16:00

Już po wszystkim. Masakrycznie to brzmi, dziś odbył się pogrzeb moej mamy. Było strasznie dużo ludzi, nie ma się co dziwić moja rodzicielka była dobrym człowiekiem. Dopóki mogła to pomagała ludziom. Na cmentarzu nie uroniłam ani jednej łzy natomiast gdy Marco wyszedł na trening nie wytrzymałam.Do późnego wieczora siedziałam sama dopóki ktoś nie zaczął pukać do drzwi.
-Tak?W czym mogę pomoc
-Jest Marco?- zapytała blondynka.
-Jeszcze na treningu ale niedługo już powinien wrócić. Może zaczekasz?
-Nie, przyjdę innym razem.
***
-Jestem już!- krzyknął od progu blondyn.
-W kuchni!
-Co porabiasz?
-Wzięło mnie na sałatkę. Chcesz trochę?
-Jasne
Siedziałam przy stole tępo wpatrując się w blat. Nie mogłam uwierzyć w to, że mojej mamy już nie ma i nie będzie. Grzebałam leniwie widelcem w cząstkach sałaty.
-Wiesz, schowaliśmy Hummels'owi spodenki i musiał pół godziny ich szukać. Oczywiście spóźnił się i robił karne kółka.
Nie odrywając wzroku z jakże pasjonującej sałatki podparłam się łokciem na stole.
-Zosia, słuchasz mnie w ogóle?....Zośka!
Podniosłam wzrok napotykając pytające spojrzenie Marco.
-Przepraszam, muszę się położyć.

*40 minut później*

-Słoneczko, śpisz?- kucając przy moim łóżku znalazł się blondyn.
-Nie mogę.
-Chodź, zabiorę Cię gdzieś.
-Marco, nie....Proszę, chcę zostać w domu.
-Kochanie, wybierzemy się za miasto. Jeżeli Ci się nie spodoba wrócimy natychmiast, zgoda?
Wcale nie miałam najmniejszej ochoty na jakiekolwiek wycieczki, nie miałam na nic chęci. Lecz Reus'owi widocznie bardzo zależało na tym. Spoglądał na mnie tym swoim błagalnym wzrokiem.
-No dobrze już tylko muszę jeszcze do łazienki.
W ciąży często musiałam odwiedzać ubikację. Mój pęcherz nie wytrzymywał dłużej niż dwie godziny. Poza tym puchły mi nogi i bolały plecy. Mimo iż, mój brzuch był dopiero lekko zarysowany odczuwałam już pierwsze dolegliwości. Ubierając się więc w kurtki i buty wyruszyliśmy w podróż. Reus jechał bardzo ostrożnie co w połączeniu boskiego zapachu w samochodzie przyspieszyło mój sen.
*
*
*
-Zosia, Zosia- poczułam lekkie szturchnięcie.
-Zasnęłaś. Już jesteśmy- oznajmił Marco.
Rozejrzałam się rozespana.
-Ale niby gdzie?- zapytałam widząc ogromny dom przed Nami.
-Przedstawię Ci kogoś- chwytając za przegub mojej dłoni Marco wprowadził mnie do budynku. Czuł się bardzo swobodnie, jakby był u siebie. Pomieszczenia były urządzone bardzo gustownie, czuć było damską rękę. Doszliśmy do salonu w którym mężczyzna w średnim wieku czytał gazetę, natomiast kobieta cerowała skarpetki. Sprawiali bardzo miłe wrażenie, słysząc tupot stóp kobieta zaprzestała czynności podnosząc wzrok do góry.
-Marco, synku!- krzyknęła z nieukrywaną radością. Mężczyzna wyraźnie też ucieszył się z wizyty gdyż  przytulił blondyna klepiąc Gi po plecach.
-Ty jesteś Zosia, prawda?- pani Reus skierowała się w moją stronę.
-Tak. Miło mi- wyciągnęłam dłoń by się przywitać.
-Marco wiele o Tobie opowiadał.
-Mam nadzieję, że same dobre rzeczy.

9.11.2013r., dom Reusów, 20:00

Po zjedzeniu kolacji Marco poszedł gdzieś z tatą, jak to mówi Pani Reus: załatwiać męskie sprawy. Chciałam pomóc kobiecie posprzątać po posiłku lecz stanowczo odmówiła twierdząc, że mam pozwiedzać dom. Wyszłam na taras zaczerpnąć świeżego powietrza.
-Ładny widok prawda?- zapytała kobieta wręczając mi parujący kubek. -Dlaczego jesteś taka smutna?
-Przepraszam, nie chciałam psuć nastroju. Po prostu zazdroszczę Wam, kochacie się mocno. Ja w Niemczech nie mam rodziny.
-Kochasz Marco?- zapytała nagle kobieta.
-Bardzo.
-Chodź, pokażę Ci coś.
Otwierając przede mną białe drzwi wprowadziła mnie do środka.
-To pokój mojego syna. Nie przyprowadzał tu zbyt często dziewczyn. Wiem, że nie zastąpię Ci mamy ale zawsze możesz się do mnie zwrócić. Dwie córki już mam, Ty będziesz trzecia- oczy zaszkliły mi się ze wzruszenia. To wiele dla mnie znaczyło.

-Zosia, późno się robi, jedźmy już- w drzwiach stanął blondyn.
-Zapakuję Wam ciasto- stwierdziła mama Marco opuszczając pokój.
-Dziękuję- szepnęłam na ucho Reus'a uwieszając się Mu na szyji.
-Lepiej już?- zapytał zbliżając swoje czoło do mojego.
-Mhm. Zapomniałam Ci czegoś powiedzieć.
-Że mnie kochasz i ubóstwiasz?
-Zamknij się- uśmiechnęłam się- Jakaś blondynka Cię szukała.
-Konkretnie kto?
-No nie wiem, Ty mi powiedz. Nie przedstawiła się, mówiła że innym razem przyjdzie.
*************************

niedziela, 21 września 2014

Rozdział 52

06.11.2013r. sypialnia, 10:00


-Przestań łazić w kółko, tylko wyduś to z siebie!
-Zosia- zaczął Marco chwytając mnie za dłonie. -Wczoraj tak jak obiecałem pojechałem do Twojej mamy.
-No wiem.
-Gdy dotarłem na miejsce w Jej sali nie było nikogo.
-Jak nie było? Szukałeś Jej? Może wzięli Ją na badania?
Marco spuścił głowę w dół, nie wiedziałam co się dzieje.
-Muszę tam pojechać.
-Zosia, nie...-Reus zatrzymał mnie w drzwiach.
-Nie rozumiesz? Nie wiem jak mam Ci to powiedzieć. Ona odeszła.
-Co Ty wygadujesz? Przepuść mnie, muszę Ją zobaczyć!- zaczęłam się awanturować bijąc w klatkę Marco.
-Uspokój się- blondyn przyparł mnie do ściany po czym rozpłakałam się.
Po krótkiej chwili zapytałam.
-Marco dlaczego mi nic nie powiedziałeś?
-Nie wiem. Przepraszam.
-Kochaliśmy się jakby nigdy nic, powinnam być przy Niej.
-Słońce przepraszam. Powinienem wczoraj przystopować.
-Zawieź mnie tam.
-Zosiu nie. Nie możesz wejść tam.
-Ja się z Nią nawet nie pożegnałam, zdajesz sobie z tego sprawę?

-Dowiedziałaś się wczoraj, że jesteś w ciąży. Naprawdę nie powinnaś tego robić. Pomyśl o dziecku.
-Masz rację.
-Jutro wszystko załatwimy, ok?
-Marco. Ja przyprowadziłam się tu dla Niej. Chciałam Jej powiedzieć, że zostanie Babcią.
-Wiem, wszystko doskonale rozumiem.
-Co ja teraz zrobię?- zapytałam
-Przeprowadzisz się do mnie.
-Ale Marco...Nie mogę tego domu tak zostawić. To było wszystko co moja mama miała.
-Nie musisz Go sprzedawać.
-To co ma tak stać pusty? Nie wynajmę Go nikomu.
-Kochanie niczego nie musisz wynajmować. Dopóki nie będziesz gotowa wszystko zostanie tak jak jest.
07.11.2013r., kuchnia, 13:00
-Gotowa?- niepewnie zapytał Marco jakbyśmy wybierali się w podróż życia.
-Czy na coś takiego można kiedykolwiek być gotowym? Jedźmy już proszę.
Jak też chciałam tak się stało. W podróży panowała cisza, której nikt nie miał zamiaru przerywać. Byłam wdzięczna za to blondynowi, że na siłę nie stara się mnie pocieszyć.
-Jesteśmy- rzekł młody Niemiec prawie niesłyszalnie.
Ujrzałam szary ciemny budynek, który ostatnimi czasy byłam zmuszona często odwiedzać. Skierowaliśmy się wgłąb zmierzając na najniższe piętro, które prowadziło do prosektorium. Serce waliło mi jak oszalałe. Nie byłam pewna co tam ujrzę a obskurny korytarz nie pomagał mi w tym. Poczułam ucisk w żołądku gdy stanęliśmy przed odpowiednimi drzwiami.
-W porządku?- zapytał blondyn podtrzymując mnie w pasie.
-Chodź tam ze mną, proszę.
-Oczywiście. Po to tu jestem- odparł Marco chociaż był niemniej przerażony. Nienawidził szpitali, oglądać jakichkolwiek programów medycznych. A teraz stał tu razem ze mną i czekał. 
Uchylił powoli drzwi widząc rząd łóżek przykrytych foliami. Człowiek będący wewnątrz słysząc nadchodzące kroki mimowolnie podniósł oczy ku przybyłym gościom. Był już dobrze poinformowany kto i w jakim celu ma przybyć do Jego pracowni.
-Już?- zapytał patrząc niepewnie w moje oczy.
Biorąc głęboki oddech pokiwałam twierdząco głową. Gdy mężczyzna odsunął zamek ujrzałam bladą, kruchą kobietę która leżała bezradnie z wyprostowanymi dłońmi wzdłuż ciała. Nadal się uśmiechała, tak jakby pokazując mi, że tam gdzie teraz się znajduje jest Jej dobrze i nie mam się o Nią martwić.
Przerażona odwróciłam się do Marco chowając twarz na Jego torsie. Blondyn pocałował mnie w sam czubek głowy wyprowadzając z pomieszczenia na świeże powietrze.
-Nie mogłam Reus. Nie mogłam po prostu Jej nawet dotknąć. Jestem okropna.
-Hej, popatrz na mnie- blondyn podniósł mój podbródek do góry ocierając obfite łzy, które spływały po bladych już ze zmartwień policzkach.- Nigdy więcej tak nie mów. Jedziemy do domu.
******************************************

środa, 10 września 2014

Rozdział 51

05.11.2013r. łazienka, 16:00.
-Pozytywny- powiedziałam sama do siebie patrząc na test, który wskazywał na dwie kreski. Do łazienki wparowała Simone.
-Co Ty tak długo ro...- przerwała blondynka widząc co trzymam w dłoni.
-Jestem w ciąży, rozumiesz?!- z niedowierzaniem skierowałam się do Sim.
Moja przyjaciółka zaczęła krzyczeć wniebogłosy. Podskakując i tupając naraz.
-Będę ciocią. To wspaniała wiadomość- stwierdziła dziewczyna przytulając mnie.
-Boję się- rzekłam patrząc przed siebie. -Nie mam stałej pracy, studiuję a mój związek niedawno przechodził kryzys- rozpłakałam się na samą myśl ostatnich zdarzeń.
-Nie płacz, proszę- Sim usiadła obok mnie głaskając moje włosy na co ja wpadłam w jeszcze większą histerię.
-Ohoho zaczynają Ci buzować hormony, to dziewięć miesięcy tak? Chyba wyjadę na Majorkę.
-Słyszałam!-
uderzyłam lekko Sim w ramię. Masz tu być! Potrzebuję Cię!
-Kochana, nigdzie się nie wybieram. Będę najlepszą ciocią pod słońcem. Imprezy, pierwsze miłości....- rozmarzyła się blondynka.
-Sim?Zdajesz sobie sprawę, że z brzucha wyskakuje noworodek potem dopiero w drodze ewolucji człowiek dorasta?
-No wiem, uczęszczałam przecież na biologię. Chodź zjemy jakieś lody.
-W listopadzie?
-Czemu nie?


05.11.2013r. 20:00, salon.

Oglądałam telewizję gdy do domu wszedł Marco.
-Cześć misiu- pocałował mnie w czoło po czym usiadł obok.
-Hej, muszę Ci coś powiedzieć.
-Zosia, ja też muszę....
-Poczekaj....Na początku strasznie się bałam, bo nie wiedziałam czy damy sobie radę. Ale rozmawiałam z Simone, przemyślałam wszystko i zdałam sobie sprawę, że nigdy nie będzie idealnej sytuacji a skoro już się stało to powinnam się cieszyć.
-O czym Ty mówisz?
- zapytał
-Daj rękę- stykając się głowami położyłam dłoń Marco na swoim brzuchu patrząc Mu w oczy.
-Jesteś w ciąży?- zapytał blondyn.
Pokiwałam twierdząco głową. Marco przez chwilę nie wiedział co powiedzieć. Widziałam to w Jego oczach. Wstał z kanapy, po czym znowu usiadł, następnie ponownie zerwał się po czym przemierzył parę kroków i usiadł ponownie. Złapał moją twarz w obie dłonie i pocałował namiętnie. Tak jakbym za chwilę miała się rozpłynąć, zniknąć. Poczułam przyjemny dreszcz na całym ciele. Dotknęłam klatki piersiowej chłopaka odpychając Go delikatnie przerwałam pocałunek.
-Powiedz, że damy sobie radę.
-Poruszę niebo i ziemię, żeby tak było
- stwierdził Reus powracając do poprzedniej czynności. Całował zachłannie każdy centymetr mojego ciała. Zatrzymując się na brzuchu, którego najpierw czule pogłaskał następnie powiedział:
-Witaj maluszku w rodzinie.
Tak bardzo kocham Marco. W tym momencie pragnęłam Go z całego serca. Znów zaczęliśmy się całować. Najpierw pozbywając się ubrań, potem bielizny...

06.11.2013r, sypialnia, 9:30.

Obudziły mnie promienie słoneczne, które wpadły przez szybę do pokoju. Otworzyłam leniwie oczy. Przyglądał mi się Marco.
-Hej śpiochu.
-Cześć. Dlaczego jesteś taki smutny? Nie cieszysz się wcale tak? Chcesz mnie zostawić?
- usiadłam gwałtownie na łóżku.

- Uspokój się wariatko. Oczywiście, że nie.
-To w czym rzecz?
-Chciałem Ci to już wczoraj powiedzieć ale nie było okazji. Boże co ja gadam....-
Reus złapał się za głowę i zaczął nerwowo krążyć po pokoju.
-Marco! Przerażasz mnie! Co się stało?- niecierpliwiłam się coraz bardziej.
-Proszę Cię nie denerwuj się. Nie możesz.
-Do jasnej cholery powiesz mi co jest grane czy dalej będziemy bawić się w kotka i myszkę?
-Dobrze powiem, muszę. Usiądź proszę.

************************
Do końca dokładnie zostało Nam 9 rozdziałów.
Czy będzie dobrze czy nie to się jeszcze okaże.
Tymczasem zapraszam na mojego drugiego bloga------->http://kochac-nie-znaczy-miec.blogspot.com/.

środa, 13 sierpnia 2014

Rozdział 50

05.11.2013r, 14:30


-Zosia, powinnaś odpocząć- stwierdziła Ewa. -Chodź, pójdziemy do domu.
-Chyba masz rację. Na nic tu się dziś nie przydam.
Piszczkowa zawiozła mnie do domu, jechaliśmy w kompletnej ciszy. Żadna z Nas nie wykrztusiła ani słowa, gdy dojechałyśmy na miejsce zdałam sobie sprawę, że przez to wszystko nie zamknęłam domu. Drzwi były uchylone, postanowiłam sprawdzić czy nic nie zginęło. Na szczęście wszystko było w nie naruszonym stanie. Ewa musiała jechać już do domu, bo zostawiła Sarę z sąsiadką. Łukasz zresztą tak jak Marco od samego rana mieli trening. Zamknęłam drzwi na zamek, po czym położyłam się na kanapie. Zmorzył mnie sen, już po piętnastu sekundach odpłynęłam do krainy Morfeusza.


***


Obudziło mnie głośne pukanie do drzwi. Spojrzałam odruchowo na zegarek, było po 16.00. Spałam dobre dwie godziny, powolnie wstając zmierzałam w kierunku drzwi. Byłam bardzo osłabiona.
-Zosia
Rzuciłam się Marco na szyję cicho pochlipując.

-Aż tak się stęskniłaś? Przecież wczoraj się widzieliśmy- stwierdził blondyn.
-Ty o niczym nie wiesz- oprzytomniałam
-O czym mam wiedzieć? Coś się stało?
-Moja mama jest w szpitalu- odparłam. -Od rana siedziałam u Niej- poczułam jak nagle uginają się pode mną nogi.
-Zośka uważaj. Ale jesteś blada. Usiądź, jadłaś coś w ogóle?
-Niedobrze mi- stwierdziłam zmierzając szybko do toalety.
Gdy wróciłam na stole stał już parujący kubek.
-To mięta, wypij. Zaraz zrobię kanapki.
-Marco, nie trzeba, naprawdę. Wyspałam się, zaraz zbieram się spowrotem do szpitala.
-O nie moja droga. Jesteś wykończona, nigdzie dziś nie pojedziesz.
-Ale ja muszę!- oponowałam.
-Powiedziałem już coś i żeby nie było będę Cię pilnować!
-Marco!
-Posłuchaj, ledwo się trzymasz na nogach, nie dojdziesz nawet pod salę. Pojadę tam i dowiem co się dzieje, ok?
-Obiecujesz?
-Tak, a teraz wypij to i zjedz coś.


*OCZAMI MARCO*


Nie mogłem pozwolić, żeby Zosia pojechała do szpitala. Nie w tym stanie, była blada i przed chwilą wymiotowała. Postanowiłem sam tam pojechać, zadzwoniłem po Simone aby dotrzymała blondynce towarzystwa.


***
Sim była jak huragan, w ciągu kwadransu była w moim domu. Zrobiła sobie kawę i dołączyła do mojego łóżka pod koc. Oglądałyśmy Teen Mom na MTV.
-Jak One mogą mieć dzieci w takim wieku? Przecież same jeszcze wymagają opieki- stwierdziłam.
-To prawda. Wiesz swoją drogą chciałabym już mieć swojego szkraba. Tylko nie mam z kim, ten facet z facebooka nie wypalił...
-Chcesz o tym pogadać?- zapytałam.
-Nie, jest w porządku. Już wyleczyłam się z tego związku.
Przychodziłam powoli do siebie więc postanowiłyśmy coś zjeść, zrobiłyśmy omlety z brzoskwiniami. Takie były najlepsze, bo na słodko.
-Strasznie ostatnio dużo jesz- stwierdziła Sim.
-Tak, wiem- odparłam -Muszę się ogarnąć bo na zimę wyprodukuję sobie koło ratunkowe.
Wtedy przyszło mi coś do głowy.
-Nie, to niemożliwe- stwierdziłam

-Ale co?
-Muszę coś sprawdzić- poinformowałam moją przyjaciółkę.
*****************************
Powoli dobijamy do końca opowiadania!
Trochę mi smutno, bo opowiadanie ma przeszło rok i bardzo się zżyłam:)
Ale cóż- życie:)

Miłego czytania:)

wtorek, 5 sierpnia 2014

Rozdział 49.

04.11.2013r, sypialnia, 11:00
Od kilku dni nie mogłam zmrużyć oka, zastanawiałam się nad ty całym konkursem uważajac, że to kompletny bezsens brać w tym udział. Ale trudno stało się, obiecałam to napiszę tę piosenkę. Z każdym dniem czułam się bardziej obolała. Puchły mi nogi, często odczuwałam zmęczenie i zasypiałam przy pierwszej lepszej okazji. To przmęczenie- tłumaczyłam sobie. Nie mogę znów dopuścić do omdlenia czy też tego abym wylądowała w szpitalu. Mama też codziennie odczuwała jakieś bóle. Może o ciśnienie spada? Pewnie nie ma się co przejmować- stwierdziłam. Postanowiłam wstać z łóżka aby uszykować się do pracy, zjadłam dość obfite śniadanie przyznam. Kiedyś wystarczała mi miseczka musli i zielona herbata, teraz do tego zjadłam jeszcze bułkę z serem i górkiem. Muszę zacząć liczyć kalorie, bo niedługo będę wyglądać jak szafa trzydrzwiowa. Postanowiłam pospacerować się na SIp, gdyż daleko tam nie miałam. Wiał miły jesienny wiaterek, choć nie było wcale zimno.

***

-Jak idą przygotowania do konkursu?- znienacka dopadł mnie Mo
-A skąd Ty o tym wiesz?- zapytałam zdziwiona.
-Marco się wygadał.
-Zabiję Go. Obiecałam napisać piosenkę, bo taki był 2 etap ale jak będą kazali mi zaśpiewać to na pewno nie wystąpię. Zresztą o czym ja myślę, do następnego etapu nie przejdę.
-Dlaczego tak mówisz?
-Mo obudź się. To cud, że dostałam się tak daleko.
-Tak, tak. Cud albo stwierdzisz, że nie mieli już nikogo lepszego do wybrania.
-No widzisz, teraz mówisz z sensem.
-Przestań. W takich konkursach ludzie w jury znają się na rzeczy. Musiało być dobrze skoro Cię wybrali
.
05.11.2013r, dom, 13:00
Obudził mnie wielki huk. Zerwałam się na równe nogi z łóżka i pobiegłam do mamy, leżała na podłodze ciężko oddychając.
-Mamo,mamo!- mówiłam poklepując Ją po twarzy.
Ocknęła sie na chwilę lecz znów straciła przytomność. Wybrałam szybko numer na pogotowie, by wezwac karetkę. Do przyjazdu ambulansu moja mama nie otwierała oczu. Ja siedziałam cały czas przy Niej i nasłuchiwałam jak oddycha. Panowie z pogotowia zabrali mamę do pobliskiego szpitala, niestety musiałam dojechać taksówką, gdyż w karetce może tylko pacjent przebywać. Gdt dojechałam na miejsce to mama była już dializowana. Podeszłam do lekarza, by zasięgnąć informacji.
-Pani Zosiu, nie mam dobrych informacji.
-O Boże, Ona żyje, prawda?
-Tak, spokojnie. Chodzi o to, że nerki sa słabe.
-Co to oznacza?
-Przykro mi to mówić ale jesteśmy skazani tylko na dializy.
-To chodzi o nerkę? Panie doktorze ja jestem w stanie oddać Jej organ.
-Podziwiam Panią za to co robi dla mamy ale w tym przypadku to nic nie da. Niedawno pacjentka miała niebezpieczny zabieg, mama ma Alzheimera, teraz nerki. Nie możemy nic zrobić.
-Mam czekać aż Jej się polepszy?
-Przykro mi. Nic więcej nie jestem w stanie zrobić
.
Podeszłam do łóżka mamy mając całe załzawione oczy. Teraz spała, dializy są bardzo męczące dla organizmu ludzkiego. Chwyciłam Ją za rękę by pogłaskać opuszkami palców.
-Zosia?- usłyszałam szept za sobą.
-Ewa- odrzekłam po czym cicho wyszłam z sali.
Przytuliłam brunetkę.
-Co się stało?- zapytała.
-Usłyszałam huk. Poszłam a Ona tam leżała, ledwo oddychając. Wezwałam karetkę, zabrali Ją tutaj. Teraz ma dializę, lekarz przed chwilą powiedział, że nic nie da rady więcej zrobić. Trzeba czekać.
-Na pewno będzie dobrze Zosia, zobaczysz.
-Mam nadzieję. Ewa, nie wiem co ja zrobię jak coś Jej się stanie-
znów zeszkliły mi się oczy.

-Chodź do bufetu, teraz nic tu po Tobie, niech spokojnie odpoczywa.
-Masz rację.

****************************
Dopadła mnie fala deszczowej pogody więc wydziergałam kolejny :)
Cóż sie dzieje, cóż sie dzieje:)
Znów dopadła mnie groza!:)
Buziaki:*

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 48

02.11.2013r, dom, 8:30
Obudził mnie dzwonek do drzwi, jak się okazało był to listonosz.
-Poczta dla Pani.
W wielkiej białej kopercie był list.
"Serdecznie zawiadamiamy, że dostała się Pani do kolejnego etapu w Konkursie Młodych Talentów. Szczegóły na stronie www.mlodetalenty.com
Stwierdziłam, że to jakaś totalna pomyłka więc zignorowałam pismo wyrzucając Je do kosza. Zrobiłam sobie poranną kawę i musli na śniadanie, gdy oprzytomniałam przypomniałam sobie najbliższe wydarzenia.
Wtedy kiedy spacerowałam z Reusem i zobaczyliśmy ten plakat o Konkursie, kazał mi zgłosić się na co ja kategorycznie odmówiłam. Potem zniknął na chwilę zostawiając mnie z Robertem, zachłysłam się mimowolnie kawą. Złapałam telefon wybierając numer do Marco, po dość długim oczekiwaniu odebrał.
-Reus! Gdzie Ty jesteś!?
-Zosia, cywilizowani ludzie śpią o tej porze.
-Wskakuj w ubranie i zaraz widzę Cię u siebie.
-Pali się czy co?
- zapytał.
-Gorzej!- krzyknęłam odkładając słuchawkę.

***

Gdy usłyszałam pukanie do drzwi od razu szarpnęłam list i ruszyłam w wybranym kierunku, otwierając drzwi wręczyłam pismo blondynoi bez przywitania.
-Co to ma być?!

Marco zaczął czytać pismo po czym stwierdził:
-Dostałaś się, brawo!- złożył pocałunek na moim czole.
-Nie wierzę, po prostu w głowie mi się nie mieści. Zrobiłeś to, wysłałeś kandydaturę bez mojej zgody.
-Zosik, dostałaś się, to jest najważniejsze. Chodź wejdziemy na tę stronę zobaczymy co dalej trzeba zrobić
- stwierdził Marco siadając do laptopa.
-Chyba śnisz, nigdzie się nie wybieram!- oznajmiłam wychodząc na balkon ze skrzyżowanym rękami na klatce piersiowej.
Oddychałam głęboko i równomiernie by się uspokoić.
-Gniewasz się na mnie?- na taras wkroczył po cichu blondyn obejmując mnie w pasie.
Odwróciłam się twarzą do Reusa.
-Posluchaj. Ile kryjesz jeszcze niespodzianek, co?
-Zosik, zrobiłem to bo sama byś tego nie uczyniła.
-A wiesz dlaczego? Bo się do tego nie nadaję.
-Na 2 etap trzeba napisac tylko własną piosenkę, tylko to. Obiecaj mi, że im wyślesz, potem możesz zrezygnować.

Popatrzyłam w czekoladowe oczy Marco, nie potrafiłam długo sie gniewać.
-Dobrze, ale żeby mi to było ostatni raz.

03.11.2013r, u Sim, 12:00



Po pracy poszłam do Simone, musiałam zrelacjonować co mój kochany przyszły mąż wymyślił. Sim jak zwykle była we wspaniałym nastroju, popijając sok porzeczkowy rozmawiałyśmy.
-Wiesz, ja to bym chciała już spotkać tego swojego księcia z bajki na białym koniu, ewentualnie może być kucyk. Rzuciałabym Mu z balkonu swój warkocz, wspiąłby się na górę. Porwał mnie w siną dal i żylibyśmy długo i szczęśliwie- rozmarzyła sie Sim.
-Tak i byłoby Wam zielono....Znów czytałaś te swoje romanse?- zapytałam dziewczyny
-Mhm- przytaknęła
-Wiesz co? Ja to na przykład marzę o świętym spokoju. Marco co rusz ma jakiś nowy szalony pomysł. Boję się, co będzie jak zostaniemy małżeństwem.
-Kochana, życie pełne przygód! Nie to co moje! Co poznam jakiegoś chłopaka to okazuje się istną klapą, czy ja mam napisane na czole: Jestem idiotką...?
-Ejj, no przestań. Jeśli masz być z byle kim to już lepiej wcale. Jesteś lepsza niż to wszystko i o tym nie zapominaj.
***********************************
Hohohoho:)
Z góry przepraszam za to, że tak zaniedbuję Wasze blogi ale teraz już obiecuję poprawę. Jestem u siebie w domu wiec będę miała więcej czasu.....mam nadzieję:)

Zapraszam również na mojego drugiego bloga----->http://kochac-nie-znaczy-miec.blogspot.com/.

Do nastepnego:*

SUODKO! ^^

niedziela, 20 lipca 2014

Rozdział 47

01.11.2013r, 18:00, dom.
Myślałam o tym co powiedziała mi Simone. Nie, to szaleństwo. Nie będę przed nikim kręcić tyłkiem. Poszłam wziąć kąpiel, dla relaksu włączyłam muzykę wlewając truskawkowy płyn do kąpieli w sam środek wanny. Wychodząc zauważyłam, że nie wzięłam z garderoby ubrań, owinęłam się więc ręcznikiem i wyszłam na korytarz. O mało co na zawał nie padłam zauważając w przejściu Reusa.
-Jezu!, nie strasz mnie! Nie słyszałam jak wszedłeś.
-Klopp kazał Ci to przekazać
- rzeknął Marco podając mi kopertę.
Zaczęłam otwierać jej zawartość czytając dokument. Wtedy kątem oka dostrzegłam jak blondyn mi się przygląda, zdałam sobie sprawę, że stoję w samym ręczniku sięgającym ledwie połowy ud.
-Chodź zrobię Ci herbaty, zimno jest.
Odwróciłam się do szafki by wyjąć saszetkę Lipton, poczułam wtedy pocałunek na ramieniu.
-Zosiu, tęsknię za Tobą-rzekł blondyn tuląc się do mnie.
-Wątpię- stwierdziłam szorstko.
Zostałam złapana w pasie i obrócona przodem do Marco. Złapał mnie za podbródek patrząc mi w oczy.
-Co jest?
-No Ty mi powiedz, jak było wczoraj na imprezie? Dobrze się bawiłeś?

-Jaka impreza, po prostu siedziałem z Mario przyszedł Piszczek i tyle.
-Akurat, uważaj bo uwierzę.
-Zosik, jesteś zazdrosna?
-Chyba żartujesz, puść mnie idę się ubrać.
-To nawet słodkie ale niepotrzebnie.
-Nie jestem zazdrosna.. Puszczaj!

Reus najwidoczniej nie miał zamiaru uwolnić mnie z uścisku.
-A może....-Marco zaczął poruszać brwiami.
-Głupek!
***

02.11.2013r, sypialnia, 9:00

Obudził mnie soczysty buziak w policzek, mruknęłam cichutko.
-Dzień dobry pani Reus.
-A skąd wiesz, że będę chciała Twoje nazwisko po ślubie?
-A nie?
-Zastanowię się.
-Żadne zastanowię. Brzmi pięknie i już.
-No dobrze panie Reus, która godzina?
-Po dziewiątej.
-Po której?!
- wyskoczyłam z łóżka jak poparzona.
-Co się stało?!- zdezorientowany blondyn patrzył jak na wariatkę.
-Mam egzamin, muszę lecieć. Trzymaj się.

***

02.11.2013r, uczelnia, 9:10

Cudem zdążyłam, ale tak biegłam, że spokojnie wyprzedziłabym całą formułę 1.
-Co Ty taka zdyszana?- zapytała jedna ze studentek.
-Nie pytaj, w której sali mamy egzamin?
-104A-
stwierdziła brunetka spoglądając na kartkę.
Gdy poszliśmy pod salę okazało się, że egzamin został przesunięty na następny tydzień. Wszyscy studenci z niezadowoleniem zaczęli narzekać, sama też nie byłam wniebowzięta. Mogłam sobie spokojnie jeszcze zostać w domu z moim przyszłym mężem. Jak to pięknie brzmi, prawda?
MARCO REUS- MÓJ PRZYSZŁY MĄŻ.
Nie tracąc czasu postanowiłam odwiedzić Piszczków, trafiłam idealnie. Ewa piekła ciasteczka, uwielbiałam Jej smakołyki. Co ja mówię- uwielbiam każde słodycze.
-Cześć Zosiu- drzwi otworzył mi Piszczu witając mnie miłym uściskiem
-A co tu się wyprawia?- zza rogu wyskoczyła Ewa z nożem w ręku.
-A to Ty...- uśmiechnęła się szeroko
-Kogo chciałaś zaatakować tym tasakiem?- dopytywał się Łukasz
-Ty się już lepiej dzisiaj nie udzielaj- stwierdziła Ewa. -Wiesz co On dziś zrobił? Chodź opowiem Ci.
-Dobra Wy sobie porozmawiajcie a ja pójdę do Sary
- oznajmił Piszczek.
-Tak, idź idź. Jesteś niepotrzebny- zwróciła się do męża.
-Też Cię kocham- przesyłając buziaczka w powietrzu Łukasz pomknął na górę.
-Jak Wy to robicie?- zapytałam brunetki.


******************************************
Taki owaki rozdział o!

<3